czwartek, 10 października 2013

re-fluksje

W dzisiejszych czasach, przyjaciel to takie zdezelowane określenie. Utworzone na podobieństwo miłości po amerykańsku – wszyscy kochają wszystkich, fala serduszek z palców i trójkowych emotek. Miłość dostępna w każdym kiosku i używana jak zapałki. Cała ta konsumpcyjna perspektywa wyssała z przyjaciół ich prawowite przymioty. Nie potrzeba już zaufania do drugiego człowieka. Po co, gdy średnio samemu sobie idzie zaufać. Gdzieś wygasa zrozumienie cudzych problemów, bo jaki w tym sens, to nie moje życie i nie moje wybory. W każdym zdaniu zamiast kropki stoi hipokryzja. Ale na co komu przyjaciel w stylu instant. Zalej miesięczną wodą i pyk, gotowe, spożywać na gorąco? Pierdolę takie fundamenty na zasadzie ziemniaczków w proszku. Pierdolę takie związki i chuja wkładam w takie relacje. To jest właśnie największym przekleństwem obecnych czasów. Najważniejsza jest szybka obsługa. Szybko, krótko i tematycznie. Oczywiście, że każdego z nas czeka taki sam finał, dlatego trzeba nawpierdalać się wrażeń, niczym bulimiczka strawy przed wieczornym rytuałem. A nażarłaś się to potem rzygaj.
 Ustawiamy sobie tych ludzi jak kolory w kostce Rubika. Prawo, lewo, góra, dół. Przenieś, zamień, uszereguj, dopasuj. Do wymiany co pół roku. Właśnie, jak to jest, że z życia na ogół nie znika jedna persona a zazwyczaj pakiet co najmniej trzyosobowy? Nieszczęście odchodzące grupowo. I to nawet nie jest dosłowna śmierć, którą jestem w stanie, bądź co bądź, bardziej zrozumieć. Ty wiesz, Ty już dobrze wiesz gdzie ten ktoś mieszka, dokąd chodzi w wolnym czasie. I tak samo dobrze wiesz, tak doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, iż jego nawyki nie będą już ciebie dotyczyć. A pono wielcy mędrcy powiadają, że człowiek ostatecznie umiera dopiero wtedy, gdy przestaje się o nim pamiętać. Każda pojedyncza jednostka, którą obdarzyłam uczuciem na zasadzie platonicznej przyjacielskiej miłości, prędzej czy później zaczęła mnie nawiedzać  z czyśćca na koszmary i większe tęsknoty. Może to klątwa introwertycznych jedynaków nie pozwala mi na utworzenie relacji trwalszych niż termin od świąt do świąt. Z resztą jest podobnie. Jeżeli tak ma być już zawsze, to po co nam ludzie? Nie lepiej dbać o własne cztery litery, nie oglądając się na innych w tym smutnym i mogillicznym mieście, skoro coraz trudniej o wartościowe znajomości. Wszędzie tylko szmaty a nie zdrowe relacje. Nieważne czy znasz kogoś pięć dni, dwanaście miesięcy czy dziesięć lat. Chcesz na kimś polegać? Sorry, nie tutaj i nie teraz.
Kończę z tym. Ludzie są tylko ludźmi, błąd na błędzie a powierzchnia geograficzna za wąska by ich wszystkich uniknąć czy zakopać. Dopóki jakiś genialny umysł nie wpadnie na pomysł wynalezienia środka wymazującego wybrane okresy czasowe ze wspomnień, mamy biedę i krzywe spojrzenia. Bo szczerość to taka niewierna kochanka.
I patrzę sobie dziś na te wszystkie twarze i widzę złamane obietnice, każde kłamstwo, fałsz wciskany jak cukierki głodnym dzieciom. I niczego mnie to kurwa nie nauczyło. Więc jaki wniosek? Nic nie mamy na stałe, są tylko urojenia a reszta prędzej czy później i tak się spierdoli. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz