Obwiniam za to wszystko byle nie siebie. Na barki kochanej pani profesor składam prawie całą odpowiedzialność za brak posortowanych myśli. No i część winy równo dla kolegi, koleżanki, sytuacji w rządzie, zbyt ciekawych lektur i rozległych ran po intensywnie przeprowadzonej filozofii. Pewne aspekty proszą się o lobotomię, zapewne nie tylko u mnie. A więc życie płynie. Dlatego zamiast po prostu napisać, że jestem bezproduktywnym leniem zarzucam farmazonami. I z tejże przyczyny, dziś sugestywny fragment. Jak dorosnę to uroczyście obiecuję sobie, że przestanę mówić nie chce mi się, nie mam siły, później, bo jeżeli za rok będę w tym samym punkcie co dziś (Ksiądz Mateusz, melisa z gruszką, niekończąca się opowieść o funkcjach języka i systemu) to chyba spalę wszystkie panewki, wszelakiego znaczenia i rodzaju. I nie wiem dlaczego nie umiem pisać czegoś bardziej optymistycznego. Może przez to, że nie grałam w dzieciństwie w Monopol.
"
Śmierć
spała obok mnie codziennie. Czułam podskórnie jej obecność. Nigdy nie mogłam
pozbyć się tego poczucia, że wszystko co robię jest nieuchronnie skazane na
niebyt. Nic nie przenika poprzez bramę wszechświata po to by wryć się w jej
strukturę i stać nierozerwalną częścią. Tymczasowe. Wszystko jest pozorne i
posiada datę ważności. Jak możesz w pełni cieszyć się trwaniem kiedy masz
świadomość końca? Zależy ci tylko by przetrwać.
Makabryczne
wizje utulały mnie do snu. Duszny szept ciemnego płaszcza podsyłał bodźce łasej
podświadomości a jego kosa odgradzała poczucie rzeczywistości. Cicho
podpowiadał mi o czym za chwilę miałam pomyśleć. Zawsze wtedy powstaje strach.
Strach tak wielki, że słowa boją się go opisać. Paraliżujący stan umysłu i
ciała, wykolejenie rozsądku. Działanie poprzez czysty instynkt. Sterowana
ciążącymi na mnie demonami spływałam z ramion Morfeusza. Unoszona wewnętrzną
potrzebą dotknięcia Styksu zamierałam w bezdechu. I to nieznośne tykanie
zegara. Tyk. Tyk. Tyk. Tyk. Głośniej. Coraz głośniejsze tyk. Tyk. Tyk. Ty. T.
Tyk. TYK! Otworzyłam oczy. Zobaczyłam szary fragment nieba. Świat za oknem
wilgotniał a z każdą kroplą odbijały się wyraźniejsze barwy. Życiodajna woda.
Płyn, dzięki któremu następował powolny rozkwit. Wiosna. Odurzający zapach
życia pomieszany ze zgnilizną starości, wypełzającej spod przykrycia
poprzedniej pory roku. Kolejna wiosna w moim życiu. Coraz mniej ich zostaje.
Obcy był wszystkim ten owczy pęd a ja poruszając się niczym owad w gęstej mazi,
starałam nadążyć za kolejną z nadchodzących zmian. Bo tak naprawdę ile lat mi
pozostało? Czy miałam szykować czcionkę na epitafium, wybierać ostatnie takty
zanim stopie się w jedno z pełzającym robactwem? A może korzystać z tego
wszystkiego? Podniecać się widokiem członków kółka wzajemnej adoracji, nie
łudzić, nie marzyć, nie planować. Wszystko już dawno przestało wykraczać poza
moje wpływy. Zostawiłam stery i nie ponosiłam odpowiedzialności za nic. W pewnym
momencie martwo utkwiłam na taśmie czasu,
pozwalałam wszystkiemu mijać mnie swobodnie. Tak bardzo bałam się
ludzkiej krytyki. Opinie innych stanowiły dla mnie trumnę. Każda z nich, coraz
dotkliwiej i mocniej wbijała swój gwóźdź. Cicho płacząc, niemo błagałam o to by
przestali bo wolałam zniknąć, nigdy nie istnieć niż stanowić ich padlinę.
Terroryzowały mnie krzywe spojrzenia, każda ironia, porównanie, żart, śmiech. Obiekt
kpin. Nie pasowałam. Odmienny element w perfekcyjnie poplątanej układance.
(...)
Nigdy
nie usłyszałam tych dwóch wyrazów. Kocham Cię. Tak łatwo artykułujemy słowa,
gdy znaczą niewiele, zaś stoją ością w gardle kiedy naprawdę je czujemy.
Wszystko jest takie łatwe, aż napawa lękiem. To w tej prostocie tkwi najwięcej
możliwości, dlaczego wszystko komplikujemy? Możemy się porozumiewać na
wszelakie sposoby, więc dlaczego tylu z nas milczy? Bo im jesteśmy starsi tym
głębiej dociera do nas, że pośród tylu barytonów i altów ledwie słyszalny
stanie się nasz szept. Wszyscy teraz stoją na głowie, klepią się rzęsami po
tyłku byle zdobyć nanosekundę atencji. I to przybiera na sile, staje się
obsesją, zachłannie kradnącą resztki czasu. Mało mi tego. Chcę znaleźć tyle
słów ile zostało nie wypowiedzianych i choć to trudne, szukam. Drążąc wyrytymi
trwale ścieżkami poprzednich pokoleń szukam źródła inspiracji dla potomnych. Trudnię się zawieszeniem w bezczasie, innej planecie na której mleko nie wylewa
się z kartonu a myśli są poukładane, posortowane według kolorów i hierarchii a
także wykrochmalone niczym koszule nazistów.
Raz w życiu dane mi było poznać osobę, która słowa zamieniała w nieprzemakalne
dzieło sztuki. Piętrzył wrażenia po każdym odczycie, tak intensywnie, iż przez
następne noce odbijały się w moich podświadomych wizjach sennych. Mógł mieć
wszystko, gdyby chciał. Chciał mieć mnie, ale nie mógł bo byłam niczym. Przez
niego, gubiłam wyuczony rytm. Nie kładłam się przed 4, niewiele jadłam. Ciężko
dziś spotkać tak wrażliwą duszę. Samotnego chłopca, zaklętego przez moc swojej
wyobraźni. Nie postrzegał mnie obrazem bo kreślił zdaniami. Tak
nieprawdopodobnymi, tkwiły w nim jak nierozerwalne cząsteczki.
"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz