niedziela, 3 marca 2013

wolny styl

Obwiniam za to wszystko byle nie siebie. Na barki kochanej pani profesor składam prawie całą odpowiedzialność za brak posortowanych myśli. No i część winy równo dla kolegi, koleżanki, sytuacji w rządzie, zbyt ciekawych lektur i rozległych ran po intensywnie przeprowadzonej filozofii. Pewne aspekty proszą się o lobotomię, zapewne nie tylko u mnie. A więc życie płynie. Dlatego zamiast po prostu napisać, że jestem bezproduktywnym leniem zarzucam farmazonami. I z tejże przyczyny, dziś sugestywny fragment. Jak dorosnę to uroczyście obiecuję sobie, że przestanę mówić nie chce mi się, nie mam siły, później, bo jeżeli za rok będę w tym samym punkcie co dziś (Ksiądz Mateusz, melisa z gruszką, niekończąca się opowieść o funkcjach języka i systemu) to chyba spalę wszystkie panewki, wszelakiego znaczenia i rodzaju. I nie wiem dlaczego nie umiem pisać czegoś bardziej optymistycznego. Może przez to, że nie grałam w dzieciństwie w Monopol.



"

Śmierć spała obok mnie codziennie. Czułam podskórnie jej obecność. Nigdy nie mogłam pozbyć się tego poczucia, że wszystko co robię jest nieuchronnie skazane na niebyt. Nic nie przenika poprzez bramę wszechświata po to by wryć się w jej strukturę i stać nierozerwalną częścią. Tymczasowe. Wszystko jest pozorne i posiada datę ważności. Jak możesz w pełni cieszyć się trwaniem kiedy masz świadomość końca? Zależy ci tylko by przetrwać.


Makabryczne wizje utulały mnie do snu. Duszny szept ciemnego płaszcza podsyłał bodźce łasej podświadomości a jego kosa odgradzała poczucie rzeczywistości. Cicho podpowiadał mi o czym za chwilę miałam pomyśleć. Zawsze wtedy powstaje strach. Strach tak wielki, że słowa boją się go opisać. Paraliżujący stan umysłu i ciała, wykolejenie rozsądku. Działanie poprzez czysty instynkt. Sterowana ciążącymi na mnie demonami spływałam z ramion Morfeusza. Unoszona wewnętrzną potrzebą dotknięcia Styksu zamierałam w bezdechu. I to nieznośne tykanie zegara. Tyk. Tyk. Tyk. Tyk. Głośniej. Coraz głośniejsze tyk. Tyk. Tyk. Ty. T. Tyk. TYK! Otworzyłam oczy. Zobaczyłam szary fragment nieba. Świat za oknem wilgotniał a z każdą kroplą odbijały się wyraźniejsze barwy. Życiodajna woda. Płyn, dzięki któremu następował powolny rozkwit. Wiosna. Odurzający zapach życia pomieszany ze zgnilizną starości, wypełzającej spod przykrycia poprzedniej pory roku. Kolejna wiosna w moim życiu. Coraz mniej ich zostaje.
Obcy był wszystkim ten owczy pęd a ja poruszając się niczym owad w gęstej mazi, starałam nadążyć za kolejną z nadchodzących zmian. Bo tak naprawdę ile lat mi pozostało? Czy miałam szykować czcionkę na epitafium, wybierać ostatnie takty zanim stopie się w jedno z pełzającym robactwem? A może korzystać z tego wszystkiego? Podniecać się widokiem członków kółka wzajemnej adoracji, nie łudzić, nie marzyć, nie planować. Wszystko już dawno przestało wykraczać poza moje wpływy. Zostawiłam stery i nie ponosiłam odpowiedzialności za nic. W pewnym momencie martwo utkwiłam na taśmie czasu,  pozwalałam wszystkiemu mijać mnie swobodnie. Tak bardzo bałam się ludzkiej krytyki. Opinie innych stanowiły dla mnie trumnę. Każda z nich, coraz dotkliwiej i mocniej wbijała swój gwóźdź. Cicho płacząc, niemo błagałam o to by przestali bo wolałam zniknąć, nigdy nie istnieć niż stanowić ich padlinę. Terroryzowały mnie krzywe spojrzenia, każda ironia, porównanie, żart, śmiech. Obiekt kpin. Nie pasowałam. Odmienny element w perfekcyjnie poplątanej układance.

(...)


Nigdy nie usłyszałam tych dwóch wyrazów. Kocham Cię. Tak łatwo artykułujemy słowa, gdy znaczą niewiele, zaś stoją ością w gardle kiedy naprawdę je czujemy. Wszystko jest takie łatwe, aż napawa lękiem. To w tej prostocie tkwi najwięcej możliwości, dlaczego wszystko komplikujemy? Możemy się porozumiewać na wszelakie sposoby, więc dlaczego tylu z nas milczy? Bo im jesteśmy starsi tym głębiej dociera do nas, że pośród tylu barytonów i altów ledwie słyszalny stanie się nasz szept. Wszyscy teraz stoją na głowie, klepią się rzęsami po tyłku byle zdobyć nanosekundę atencji. I to przybiera na sile, staje się obsesją, zachłannie kradnącą resztki czasu. Mało mi tego. Chcę znaleźć tyle słów ile zostało nie wypowiedzianych i choć to trudne, szukam. Drążąc wyrytymi trwale ścieżkami poprzednich pokoleń szukam źródła inspiracji dla potomnych. Trudnię się zawieszeniem w bezczasie, innej planecie na której mleko nie wylewa się z kartonu a myśli są poukładane, posortowane według kolorów i hierarchii a także wykrochmalone niczym koszule nazistów.
Raz w życiu dane mi było poznać osobę, która słowa zamieniała w nieprzemakalne dzieło sztuki. Piętrzył wrażenia po każdym odczycie, tak intensywnie, iż przez następne noce odbijały się w moich podświadomych wizjach sennych. Mógł mieć wszystko, gdyby chciał. Chciał mieć mnie, ale nie mógł bo byłam niczym. Przez niego, gubiłam wyuczony rytm. Nie kładłam się przed 4, niewiele jadłam. Ciężko dziś spotkać tak wrażliwą duszę. Samotnego chłopca, zaklętego przez moc swojej wyobraźni. Nie postrzegał mnie obrazem bo kreślił zdaniami. Tak nieprawdopodobnymi, tkwiły w nim jak nierozerwalne cząsteczki.

 "

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz